10. PKO POZNAŃ PÓŁMARATON – JEŚLI NIE TERAZ, TO KIEDY?

Plan był prosty jak robota Andrzeja Dudy. Podpisać kartę startową, to stąd ten Duda, odebrać pakiet, stanąć na starcie, pobiec, złamać 1:30.

Szpital na peryferiach

Tyle mówiła teoria, i o ile większość punktów udało mi się zrealizować, to z jednym, choć tak naprawdę najważniejszym, w czwartek pojawił się mały problem. Bo od tego dnia troską większą niż sam półmaraton, było ekspresowe leczenie wyjątkowo bolesnego pęcherza. W ruch poszły plastry, maści, a sen z oczu spędzał mi dylemat, w jakich butach pobiec. Żywot biegacza poczciwego z elementami szpitala na peryferiach. I do ostatniej chwili przed startem nerwy, czy zdąży się zagoić, czy pomimo plastra na pięcie, dam radę przebiec więcej niż kilka kilometrów.

Przed startem. Czy naprawdę chcecie przeczytać o porannych ablucjach, o tym, co jadłem na śniadanie, jak oddawałem rzeczy do depozytu, stałem w kolejce do toi–toia, jak w nim było (jak zawsze, choć nie tak źle, jak zakładałem, że będzie), z kim nie zrobiłem sobie selfie i tak dalej. Nie chcecie? To nie przeczytacie. Proste jak bieganie.

O organizacji też nic nie będzie, bo o niej można tylko w samych superlatywach. Pewnie gdybym był jakoś szczególnie upierdliwy, to coś bym znalazł, ale ja z zasady dość pokojowo nastawiony do świata jestem. Nie narzekam kelnerowi, że zupa za zimna (bo to może skończyć się, że mi do tej zupy napluje), ani taksówkarzowi, że nie podzielam jego poglądów na otaczającą nas rzeczywistość. Mniej nerwów, wierzcie mi.

3,2,1…

Przedarcie się na start przypominało słynne sceny z obrazu Matejki, to jedyny zarzut jaki postawiłbym organizatorom. Miałem wrażenie, że dotarcie do swojej strefy zajmie mi dwa dni. W ruch poszły łokcie i mój urok osobisty, ale udało się,  a już w samej strefie obserwacja natury socjologicznej, choć może po prostu higienicznej. Stoję, czekam cierpliwie, dziesięć minut do startu, zaczynam chłonąć atmosferę sportowego święta. Zamiast niej, mam wrażenie, że większość startujących pożałowało wody i mydła przed startem. Uznając być może (oczywiście całkiem zasadnie), że i tak się spocą na biegu, więc prysznic przed startem byłby wyjątkową ekstrawagancją, a nawet gwałtem na Matce Naturze. Obwąchuję ich i siebie, i już nie wiem, czy to ja, czy oni. Problemu tego do dnia dzisiejszego nie rozwiązałem. Dodam tylko, że kiedy zaordynowano nam rozgrzewkę, to paradoksalnie mimo tych wszystkich wymachów, rozkroków, przysiadów atmosfera lekko się rozluźniła.

…start

Minutę przed startem powtarzam swój plan: dwa pierwsze kilometry wolniej, a potem 4:10 tak długo, jak wytrzymasz. Oczywiście nie byłbym sobą, gdyby nie rozważał w czasie końcowego odliczania zmiany planu, czyli z grupą na złamanie 1:30 i ewentualne przyspieszenie w końcówce. Tej końcówki byłem pewien, natomiast ewentualne przyspieszenie mogło być wątpliwe, dlatego postanowiłem trzymać się pierwotnej wersji.

Wtem – start! Tak czekałem na te znienawidzone „Rydwany Ognia”, że aż zatęskniłem, kiedy w tym roku postanowiono ich nie puścić. Choć jak donoszą uprzejmi, podobno były, nie słyszałem, stres, emocje, wybaczcie. A po starcie – ścisk, tłok, łokcie, skrobanie po piętach, bieganie po krawężnikach, szybko to się na szczęście unormowało, przetrwali najsilniejsi, jak to w życiu. A ja ani szybko, ani wolno, ani z planem. Niby walczę o to 4:10, ale jakoś bez przekonania, albo dwie–trzy sekundy w przód, albo w tył.

„Szybki i wściekły” na pierwszym kilometrze (fot. Sandra Afek Photography)

Ssanie…

Przy Cytadeli jakiś biegacz schodzi na bok, za potrzebą i w politycznym geście, którego nie rozumiem, obsikuje groby żołnierzy radzieckich, walczących o… znacie ze szkoły, nie będę nudził. A ja podziwiam własną przebiegłość, błyskotliwość nawet, cierpliwość w tej kolejce do plastikowego przybytku. I myślę sobie… A nie, to też nudne.

Na czwartym kilometrze czuję ssanie w żołądku, co było uczuciem tyleż nieprzyjemnym, co niespodziewanym, bo naładowałem się węglowodanami po sam korek. Na pierwszym punkcie odżywczym rozglądam się łapczywie za bananami, cukrem, czekoladą, czymkolwiek, ale serwują tylko wodę i izotonik. I przypominam sobie, że „najbliższe czynne banany” na następnym punkcie. No nic, powinienem wytrzymać. Tymczasem zmiana taka, że już coraz częściej kilka sekund powyżej zakładanego tempa, czyli że będzie szybko, ale nie tak szybko, jak zakładałem, że będzie. Jakoś tak.

Heyah! fot. maratonczyk.pl

I mój znienawidzony odcinek na Drodze Dębińskiej, a mający szczęście być obecny na trasie każdej poznańskiej połówki i maratonu (wyczuwam lobbing ze strony Polskiego Związku Działkowców), nuda, mało kibiców. A propos. Przepraszam tych wszystkich kibiców (a zwłaszcza dzieciaki), którzy wyciągali w moją stronę dłoń, a ja nie byłem łaskaw przybić im piątki. Po prostu szkoda mi było energii na to, żeby podbiec do nich te dwa metry. Przeczuwając raczej, że każda jej drobinka przyda mi się na ostatnich kilometrach.

Sprężanie…

Wracamy na trasę. Jest mój upragniony punkt odżywczy na 10 kilometrze. Wcześniej była mała agrafka, na której stwierdziłem, że trochę przewagi nad grupą pacemakerów biegnących na złamanie 1:30 jednak wypracowałem. Woda na łeb, dwa kawałki banana w łapę i na podbieg, którego nie ma. Ale jednak był. Dużo dłuższy, dużo cięższy i w ogóle inny niż ten, który biegłem rok temu w tempie ok. 5:00. A ja zapchany tym bananem, międliłem go przez następne półtora kilometra, wypluwając jego resztki gdzieś w okolicach ulicy Dmowskiego. To był najwolniejszy kilometr na trasie (4:18), a mi wstyd było za własną niefrasobliwość, za zachowanie godne juniora młodszego, a nie doświadczonego biegacza, za którego się zazwyczaj uważam. I żeby uprzedzić pytanie, które i tak nie padnie: tak, myślałem, żeby wziąć ze sobą żel. Ale: po pierwsze, byłem przekonany, że żadne odcięcie mi nie grozi, a po drugie, pomyślałem o tym tak naprawdę dopiero w sobotę wieczorem, a wtedy mogłem go jedynie zamówić przez internet. Trochę głupio jednak by było, gdybym ten potrzebny w niedzielę żel, zjadł dopiero we wtorek.

Posiliwszy się, biegnę dalej, a imiesłowy są fajne. Coraz bardziej jestem pewny swego, mimo że tempo cały czas lekko szarpane, na szczęście, jak to się ładnie mówi: w granicach błędu statystycznego.

W połowie 15 kilometra wyprzedzam maszerującego biegacza. Na plecach koszulki ma wypisaną całą litanię do Najświętszej Panienki i Wszystkich Świętych, że „Bóg Cię kocha” i „Jezus też”. Cepelia wprost z Lichenia. Krzyczę do niego, że „Gott mit uns”, ale nie podziela mojego entuzjazmu, najwyraźniej przechodzi właśnie kryzys wiary, a słysząc mnie, pewnie grzeszy myślą, choć gdyby miał więcej sił, to chętnie zgrzeszyłby uczynkiem. Dojadam banana, zagryzam wodą.

Kolejny punkt odżywczy. Tak ten półmaraton się toczy, od punktu A do punktu B. Już na trzecim kilometrze podzieliłem go sobie na trzy etapy: byle do siódmego, byle do czternastego i byle do mety. Zostało mi ostatnie „byle”, powinno się udać. W końcu pierwsza przepracowana uczciwie zima od pięciu sezonów, musi w końcu oddać, to co wybiegane na mrozie i wietrze, nie? Niekoniecznie, nie ma reguł, ale powinna. Tak to sobie tłumaczę.

Tak musi smakować zło! (fot. Sklep Biegacza)

Łyk izotonika. Trafiłem na zielony i chyba dzięki temu dowiedziałem się, jak smakuje zło. Ciepła wódka Barowa albo Lodowa pita w liceum miała lepszy smak. Jeszcze tylko dwa kilometry i wpadnę na ostatnią prostą, na której może trochę wiać, dlatego zawczasu staram się trzymać jakiejś grupki, żeby się trochę za ich plecami schować albo na nich przewieźć.

W peletonie, raz lepiej, raz gorzej (fot. AnnSt)

Agrafka numer dwa przy rondzie Skubiszewskiego, spoglądam gdzie grupa na 1:30, znacznie dalej niż poprzednio.

Szybki rachunek sumienia i tempa jednocześnie. Dodaję, odejmuję, tu przemnożę, tam podzielę i wychodzi mi, że w okolicach 1:29 powinienem być na mecie. Zależy mi, żeby to „dwa–dziewięć” połamać, bo przecież 1:29, to prawie jak 1:30, a to z kolei brzmi prawie jak 1:33. Za to 1:28, to prawie 1:27, a 1:27, to prawie 1:25. A matematyka królową nauk.

Skoro już wpadliśmy do działu matematycznego… Dzielę sobie tą ostatnią prostą na Grunwaldzkiej na odcinki: do Bułgarskiej, do Grochowskiej, później Ostroga, Szylinga, rondo Jeziorańskiego, ale gubię się, chcę się zatrzymać, o drogę zapytać, a tempo 4:05.

Pełne skupienie na 20 km (fot. Kacper Skubiszak Fotografia Sportowa)

Praca…

Dogania mnie chłopak w niebieskiej koszulce, brzmi jak tytuł kiepskiego filmu, nie? Kojarzę go, bo często spotykamy się, biegając nad Maltą. Patrzymy wówczas na siebie z lekką niechęcią, żadnych przyjaznych pozdrowień, mijamy się, każdy skupiony na swoim tempie, treningu, tętnie. Teraz chłopak charczy, ale walczy. Ambitnie wypluwa płuca. Determinacja na twarzy, a nogi z żelaza. Mówię mu: „Kurwa, razem trenujemy nad Maltą, dajesz! Jeszcze trochę.” Patrzy na mnie. Albo mnie nie rozpoznaje, albo nie wierzy, prawdopodobnie jedno i drugie. Stosuje przedziwną taktykę przyspieszania na dwudziestu metrach, po czym zwalnia, doganiam go, rzucam kilka słów, chwilę biegniemy razem, potem on znów przyspiesza, ja za nim, rzucam jakąś ciepłą wiązankę, z przewagą słowa na „ka”, i tak przez trzy kilometry, a tempo 4:09.

I jest! Ostatni kilometr, który często okazuje się najdłuższym. Ciągnie się jak zboże, a mety nie widać. Byle do Szylinga, gdzie schować się będzie można między kamienicami, myślę sobie, bo wieje strasznie, a peleton przed chwilą porzuciłem albo on mnie. Docieram, zaciśnięta pięść, jakiś okrzyk, dziki co najmniej. Chyba. Pozwoliłbym sobie na zaciśnięte gardło, ale jednak trochę tego tlenu jeszcze potrzebuję, w oczach łzy, a tempo 4:10.

Ostateczny triumf „mistrza drugiego planu” (fot. Hernik Team)

Wydech…

To jeszcze w prawo, w lewo, po łuku znowu w prawo i meta na horyzoncie. Serio. Myślałem, że będzie zaraz po wbiegnięciu do hali, a tu jeszcze trzeba zasuwać. Wyprzedzam „chłopaka w niebieskiej koszulce”. Wpadam na metę, znowu pięści zaciśnięte, jak na debiucie maratońskim. Co dziwne nie zapominam przy tych buzujących emocjach, o zatrzymaniu Garmina. A potem ukrywam twarz w dłoniach i zaczynam ryczeć, tak po prostu. Przez chwilę jeszcze opieram się grawitacji, ale w końcu padam na tę czerwoną wykładzinę. I ryczę sobie. Podchodzi do mnie pani z obsługi, pyta, czy wszystko w porządku, nie widzę jej, odpowiadam, że tak, dla potwierdzenia stanu własnej świadomości unoszę kciuk w górę. Nie wiem, czy bardziej jestem zmęczony czy szczęśliwy. Dotarłem! Choć dotrzeć powinienem już dwa lata temu! Zrobiłem to! Bolało, ale nie było tak ciężko, jak mi się wydawało dwadzieścia jeden kilometrów temu. Leżę i ryczę. Cicho leżę, to się nie rzucam w oczy, jakby napisała Chmielewska. Wstaję, trochę próbuję rozchodzić obolałe mięśnie, odbieram medal. Cenniejszy dla mnie, jest chyba tylko ten z pierwszego maratonu.

To tyle.

Aha, dobiegłem w 1:28:53. A rana po pęcherzu nie bolała.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *