A WIOSNA MIAŁA BYĆ PIĘKNA TEGO ROKU

Kiedy w czasie intensywnych przygotowań do wiosennego półmaratonu stajesz na wadze i widzisz, że w ciągu tygodnia straciłeś dwa kilogramy, to na twarzy musi pojawić się uśmiech. Przecież naczytałeś się różnych mniej lub bardziej uznanych fachowców, że musi być odpowiedni stosunek wagi do mocy, a każdy zbędny kilogram na trasie może twoje oczekiwania skutecznie posłać w diabły. Czyli teoretycznie wszystko jest w porządku, w moim przypadku jednak nie było, ale jeszcze o tym nie wiedziałem.

Po kolejnych siedmiu dniach na wyświetlaczu wagi znowu odnotowałem dwa kilogramy obywatela mniej, uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, bo wiedziałem, że będzie dobrze albo jeszcze lepiej. Oczywiście trochę niepokoiło mnie, że około godziny dwudziestej trzeciej coraz częściej zdarzało mi się odwiedzać lodówkę i pożerać z niej wszystko zdatne do spożycia (i nie tylko), ale przecież forma rosła, a mój metabolizm spalał wszystko z wydajnością hutniczego pieca.

I tak mijały tygodnie, forma teoretycznie powinna rosnąć, ale tu zaczęły pojawiać się pierwsze drobne problemy, rysy na powierzchni, ale przecież jestem niezniszczalny. Nie złamie mnie małe niepowodzenie, a poza tym złego licho nie bierze. Coraz częściej zdarzały mi się jednak gorsze dni, ale komu się one nie przytrafiają. Waga nadal spadała, wycieniowany byłem jak kolarz przed Tour de France, dżinsy wciągałem i zdejmowałem bez rozpinania guzika. A do lodówki zaglądałem częściej niż do Wikipedii.

Został miesiąc do zaplanowanego startu, nadal z pewnością siebie spoglądałem w plan treningowy, najczęściej wzruszałem ramionami, bo to przecież nic trudnego, cyferki wyglądały zachęcająco, nie takie rzeczy przecież już w życiu biegałem. Co prawda nadal towarzyszył mi niepokój o wszystko i wszystkich. Dziewczyna wyjeżdżała na trening rowerowy, a ja oczami wyobraźni widziałem, jak leży zmasakrowana przez tira na drodze krajowej albo że znowu nie wyrobiła na tym zakręcie przy sklepie meblowym. Przyjaciel nie dzwoni od tygodnia, bo na pewno wpadł do szybu windy, siostrze wybuchł piec gazowy prosto w twarz, a w kierunku naszej planety zmierza asteroida, która cofnie nas w ewolucji o miliony lat, choć tak naprawdę losy świata niewiele mnie obchodziły.

Aż wreszcie nadszedł ten dzień. Na Garminie nie ustawiłem treningu, bo jego założenia znałem na pamięć, a tę mimo wieku nadal mam dobrą. I przecież ostatnio ustawiłem, i nie zdołałem jego założeń zrealizować, a jako osoba przesądna, wolałem nie kusić losu. Zaczynam od kilku kilometrów rozgrzewki, bo z wiekiem zacząłem doceniać jej znaczenie, choć nadal opinie wszelkich autorytetów biegowych uważam za przerost formy nad treścią. Przyspieszam. Jest perfekcyjnie, nogi niosą, kilometr w tempie 4:30 mija przyjemnie niczym pierwsze piwo. Drugi kilometr, coś zaczyna się dziać. I słowo „coś” dokładnie ten stan opisuje. Tętno w miarę niskie, ale zaczyna brakować mi sił. Zaciskam zęby, biegnę, niby wszystko jest w porządku, tylko że cisnę gaz do dechy, a „silnik rzęzi ostatkiem sił”. Kolejny kilometr. Nic już nie pomaga, zatrzymuję się, pytam siebie, co jest nie tak, skoro (prawie) wszystko jest ok. Wracam do domu na tarczy. A tam bez zmian, kolejny spadek wagi i nieustające nocne pielgrzymki do lodówki. I niepokój, o wszystko i wszystkich.

Wiedziałem już, że półmaratonu na wiosnę muszę zrezygnować. Próbuję to jakoś racjonalizować, wytłumaczyć sobie, wierzyłem (nie do końca), że to tylko kolejny gorszy dzień, ale kiedy po śniadaniu nie miałem siły, żeby dojść do łazienki, to choć nie lubię lekarzy, jednak umówiłem się na wizytę…

Doktor House nie był potrzebny. Zbędne okazały się skomplikowane badania, potwierdzające, bądź nie, kolejne diagnozy stawiane przez lekarzy. Wystarczył krótki wywiad przeprowadzony przez internistę. Nadczynność tarczycy. Szalejąca, według słów lekarza.

Przepisane przez endokrynologa tabletki łykałem sumiennie, co prawda rozpieprzały mi wątrobę, ale zmiana w samopoczuciu była zauważalna, choćby przez to, że po pierwszej dawce nie spałem przez trzydzieści godzin. Po kilku tygodniach wyszedłem na trening, nie wierzyłem w nagłą poprawę, ale nie spodziewałem się, że z braku sił (znowu przy niskim tętnie) będę musiał zrezygnować i to dwustu pięćdziesięciu metrach. Przestałem zaglądać na Endomondo, żeby nie popadać w jeszcze większe przygnębienie. W rozmowach unikałem tematu biegania, i dopiero tak naprawdę wtedy uświadomiłem sobie, jak taka głupia w sumie czynność jaką jest bieganie, jest dla mnie ważna, i jak dużą część mojego życia wypełnia.

Dwa dni przed półmaratonem odebrałem pakiet startowy mojej dziewczyny. Usiadłem na ławce pod poznańską Areną. W wiosennym słońcu było tak przyjemnie i optymistycznie, że aż gardło ścisnął mi żal, a do oczu napłynęły łzy. I przez jakieś dziesięć minut miałem ochotę cisnąć to całe bieganie, tę gonitwę za życiówkami, w jasną cholerę. Te buty, techniczne koszulki, kalesony, skarpetki do biegania i całą tę otoczkę. A potem zupełnie nagle, i trochę nawet dla siebie niespodziewanie, otrząsnąłem się z tych łez i czarnych myśli. Znowu miałem w sobie wiarę i mocne postanowienie, że jednak osiągnę to, co tak skutecznie odebrała mi choroba tej wiosny.

***

Od tego dnia minęło półtora roku. Co prawda dziewczyna, której odbierałem pakiet, i miałem ochotę robić to do końca życia, odeszła tak jak wyniki hormonów dziesięciokrotnie przekraczające normę, na widok których panie z laboratorium mdlały albo były przekonane o awarii sprzętu. Niby jestem zdrowy, choć każdy dzień zaczynam od łyknięcia tabletki, to znowu biegam, cieszę się tym, czekam na ten wiosenny półmaraton… I myślę sobie, że jeśli nie teraz, to, kurwa, kiedy?

 

One comment

  • krzysiek.grabin

    Swietny artykuł.Brawo!!!!Dużo czytam,lecz to co przeczytalem daje dużo do myslenia.Jestem waszym fanem!!!!-Powodzenia!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *