„BO UFAM, ŻE JEST W TYM SENS!” – MOJE PODSUMOWANIE SEZONU, CZĘŚĆ PIERWSZA

To może zacznijmy od pewnego obrazka, na który jakiś czas czemu natrafiłem w czeluściach internetu, czyli jak w dwóch zdaniach zmieścić elaborat (i jeśli nie lubisz czytać, to ten obrazek może być w zasadzie ” tl;dr” całego tego wpisu 😛 ):

img_8716

źródło: fanpage Polska Biega, Facebook

 

Taaak… Ten sezon biegowy, mój pierwszy pełny od dawien dawna, był zdecydowanie co najmniej ciekawy – była praca u podstaw i historia „from zero to hero”, były wspaniałe zwycięstwa oraz spektakularne porażki, były chwile radości, ale i momenty przygnębienia. A nawet załamania, kiedy ze łzami w oczach trzeba było przełknąć gorzką pigułkę przegranej… Było w nim (tym sezonie) dosłownie wszystko i teraz, znając jego cały kształt (czyli całokształt 😉 ) mogę z pełną stanowczością powiedzieć – niczego nie żałuję i każdy element tego biegowego roku sprawił, że jestem tym, kim jestem, biegam to, co biegam, wiem to, co wiem i jestem tym, kim jestem! 🙂

 

Ale po kolei…

 

Zaczęło się wszystko jeszcze w grudniu 2015 – ostatnie kilka dni roku to baaardzo spokojne bieganie, stopniowe, ale sukcesywne, zwiększanie dystansu, dzięki czemu 9 stycznia mogłem ruszyć do boju z nowy sezonem ze spokojem biegnąc 60 minut non stop. Git!

Tak też przebiegałem cały styczeń, a przedostatniego dnia miesiąca postanowiłem zrobić sobie Test Coopera – nabiegałem wtedy równe 3 km. Jak na to, co biegałem przez ostatnie kilka tygodni, to ten wynik nawet na mnie samym zrobił duże wrażenie (tak duże, że poprawiłem go dopiero po 6 miesiącach… 😛 ) W podobnym tonie minął luty i marzec, kiedy to nabawiłem się pierwszej kontuzji (mięsień krawiecki po raz pierwszy, przeskakując na pewniaka 2-metrowy rów z wodą i lądując niezbyt pewnie na śliskim terenie). W tym czasie 60-minutowe wybiegania przekształciły się w 75-minutowe, cały czas biegałem mniej więcej 5 razy w tygodniu, a w 2 wolne dni od biegania meldowałem się na basenie, gdzie też z czasem zacząłem i zwiększać dystans, i pływać coraz szybciej – tak właśnie działa każdy trening 😉

 

img_6555

Zima Stulecia, Styczeń 2016, Poznań. Buziii?? 🙂

Nadszedł kwiecień, czas startu w pierwszych w tym roku zawodach – 9. PKO Poznań Półmaratonie. Celem było złamanie 1:35:00 – ambitny plan, a biorąc pod uwagę swoją na tamten czas życiówkę (1:41:10 z 2012 roku) oraz to, że od stycznia przez cały czas robiłem tylko wolne, długie wybiegania (bez jakichkolwiek interwałów czy choćby fartleków itp.), rzekłbym że nawet bardzo ambitny. No ale nie czułem zmęczenia, rezultaty osiągane na treningach napawały optymizmem i przede wszystkim bardzo mocno w siebie wierzyłem, więc why not? 😉

Pierwszy sygnał, że jednak „not” dostałem kilka dni przed startem, po pierwszym mocniejszym treningu w tym roku, kiedy to zrobiłem 10 km ze średnią 4:40 min/km, a łącznie z truchtaniem wytuptałem wtedy 16 km. Już po godzinie zaczęły mnie masakrycznie boleć kolana, zwłaszcza lewe. To był sygnał S.O.S. („Sygnał Ostatniej Szansy”) mojego organizmu informującego mnie, że właśnie skończyła się amortyzacja w moich butach do biegania. Pierwsze oznaki tego dostałem dużo wcześniej, jakieś 3 tygodnie przed SOS i gdybym już wtedy zareagował, to kto wie – może ta połówka z Poznania wyglądałaby jednak dużo lepiej niż okazało się w rzeczywistości, a i kontuzji udałoby się uniknąć. Tak się załatwiłem, że przez 10 dni pozostałych do zawodów w zasadzie prawie nie biegałem, a jeśli już to ilości śladowe, a i to tylko po to, by rozbiegać nowe buty.

Na półmaratonie mimo wszystko jednak ustanowiłem swoją nową życiówkę – 1:38:47, okraszoną jednak dość dużym bólem, na który początkowo nawet i Ketonal nie pomagał. Mądry Polak po szkodzie…

 

img_6919

Tuż za linią mety 9. PKO Poznań Półmaratonu

Po tygodniowym odpoczynku po półmaratonie powoli, począwszy znowu od najmniejszych możliwych dystansów, zacząłem truchtać na nowo. Aczkolwiek za dużo czasu na przyjemną odbudowę nie było, bo już 8 maja przyszła pora na kolejne zawody. Tym razem V Bieg 10 km Szpot Swarzędz, gdzie czekała na mnie do poprawienia życiówka w postaci 44:50 z pierwszej edycji Wolsztyńskiej Dziesiątki z 2012 roku. To, co się działo w trakcie biegu i tuż po nim, większość z czytających te słowa zna. Przypomnę tylko, że na 7 km trasy przestałem biec po wynik (leciałem na ok. 44:00) po to, by razem z kolegą Mateuszem pomóc biegaczowi, który tuż przed naszymi oczami dosłownie osunął się na ziemię. Upał niemiłosierny, organizator kompletnie nieprzygotowany na taką pogodę i za Chiny nie chcący choćby startu przenieść z tego względu na wcześniejszą godzinę. Do tego burdel organizacyjny w trakcie biegu (dla 2 tys. osób na punkcie z wodą na 5 km zabrakło wody!), jeszcze większy burdel na mecie (blisko 1 tysiącowi osób „zgubiono” czasy netto!), sprawił, że ten bieg to był jeden wielki dramat. Przez długi czas uważałem go nie tylko za najgorszy bieg w jakim brałem udział, ale najgorszy bieg w ogóle („przebił” go dopiero 1. Poznański Bieg Niepodległości z 11.11.2016 roku, choć osobiście nie brałem w nim akurat udziału, jednak przeczytałem mnóstwo komentarzy innych i ich relacji). W sumie jedyne co dobrze wspominam z tego eventu to tylko to, że spotkałem prawie wszystkich znajomych o jakich wiedziałem, że biorą udział i zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie 😀

img_7032

Od lewej: Paweł, ja, Marta, Piotr i kucający Norbert, po ukończeniu V Biegu 10 km Szpot Swarzędz

 

Maj to był też miesiąc kiedy skończyły się wreszcie nudne spokojne wybiegania i zaczęła się tzw. „orka”, czyli interwały, tempo progowe i inne takie „bzdety” 😉 Czas był na to już najwyższy, gdyż 11 czerwca czekał mnie kolejny start, a w zasadzie dwa. Mianowicie w kolejności chronologicznej w sobotę 5. MRÓZ Śrem Półmaraton oraz w niedzielę X HUNTERS Grodziski Półmaraton im. „Słowaka”. W tym pierwszym chciałem zrobić to, co nie udało się przy pierwszej próbie w tym roku, czyli pobiec poniżej 1:35:00, zaś w Grodzisku miałem pełnić rolę asystenta Pawła, któremu od lutego pomagałem się przygotować do złamania 1:45:00. No i tym razem, w odróżnieniu od dwóch pierwszych startów w tym roku, plany startowe udało się niemal w 100% zrealizować. Najpierw w Śremie wybiegałem 1:35:38 i z perspektywy czasu to właśnie ten bieg uważam za mój najlepszy wyczyn w tym sezonie – w miarę równe tempo od samego początku, konsekwentnie realizowane w ten sposób założenia oraz strategia i dość dobra moc w nogach przez cały okres trwania wyścigu (na ostatnich 2 km już jej jednak ewidentnie brakowało). Już na spokojnie w domu znowu odezwał się „krawiec”, któremu naprawdę chciałem nawet dać odpocząć, tylko że… nie mogłem, bo za kilkanaście godzin czekały mnie kolejne zawody. W Grodzisku tempo niby dość „rekreacyjne” jak dla mnie, a jednak po przygodzie w Śremie i nasilającym się bólu w udzie było to dla mnie mimo wszystko wyzwanie. Suma summarum zacisnąłem zęby, wybiegałem z Pawłem 1:44:41 i misję mi zadaną (przez samego siebie) zrealizowałem! 🙂

 

img_7415

 

Kiedy już mięśnie się zregenerowały zacząłem „orać” na nowo, tym razem jeszcze mocniej – tak wynikało z rozpisanego planu. No i to był błąd – teraz to wiem. Trzeba było te 3 tygodnie sobie zluzować, odpuścić bieganie, być może całkowicie. Ale o tym dlaczego i co się działo w drugiej połowie sezonu, napiszę w części następnej (i zarazem ostatniej 😉 ).

Bądź na bieżąco – polub naszą stronę na Facebooku.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *