IV. Olszak Półmaraton

Mało ambitni sportowcy mają taką przypadłość, że startują tylko w tych zawodach, w których mają szansę na sukces. Dlatego na przykład taka Wisła Płock rywalizuje w tzw. ekstraklasie, zamiast tułać się po Europie i dawać odpór Realowi, Barcelonie czy innej Borusssi. Przecież wiadomo, że zwycięstwo na stadionie Górnika Łęcznej smakuje o wiele przyjemniej, niż najbardziej honorowa porażka na Santiago Bernabeu. Przecież za zwycięstwo na kameralnym stadionie w Niecieczy przyznają trzy punkty, czyli znacznie więcej niż za honorową porażkę w Lidze Mistrzów. I byłem jak ta Wisła, mało ambitny…

Olszak Półmaraton to lokalna impreza na sto osób, taka ekstraklasa w porównaniu do Ligi Mistrzów, lub też A–klasa w porównaniu do tej ekstra. Niewielka opłata startowa, skromny pakiet: numer startowy z czipem, smycz i kupon konkursowy, który zgubiłem nim zdążyłem się zapoznać z pytaniem na nim umieszczonym. A dla mnie to jedyna realna szansa na wysokie miejsce w OPEN, a może i podium w kategorii wiekowej. Ech, pobiegałoby się w M15, a tu kostucha na horyzoncie raczej, i pijany grabarz z petem w gębie, opierający się o łopatę, tłumy żałobników, młody był, mógł jeszcze pożyć. Do tego to półmaraton na moim terenie. Trochę jakbym biegał wokół korytarza, kibla i kuchni.

Cały tydzień przed startem powtarzam sobie: wysokie miejsce w OPEN, podium w kategorii i czas o dziesięć minut gorszy niż w Poznaniu (dla tych słabszych z geografii dodam, że ten Olszak, staw zresztą, to też w Poznaniu), rekonesansu trasy dokonuję, orła wywijam, bo nie zauważam pieńka (Lex Szyszko, kurwa mać!), przeklinam. Na starcie przyglądam się uważnie, kto w mojej kategorii wiekowej (niektórzy tak, inni nie), kto w wagowej (jak wyżej). Biegniemy.

IV Olszak PólmaratonJest jak zawsze, czyli jakby stado chartów goniło puszkę karmy albo młodzież w odzieży patriotycznej uchodźcę. A ja spokojnie, wiek zobowiązuje, nie dla mnie z motłochem sobie wyścigi urządzać, choć oczywiście zawsze to milej wyprzedzać, niż być wyprzedzanym. To przyspieszam, już wiem, że za szybko przyspieszam, że taktyka inna, a strategia z rozwagą dobrana już nie istnieje. O trasie słów kilka, nim mi te charty znikną z oczu, a młodzież dokopie uchodźcy. Las, trochę piachu, trochę asfaltu i trochę czegoś, co pewnie błędnie nazywam szutrem, leśne ścieżki, pieńki (Lex Szyszko, kurwa mać), korzenie, podbiegi, jedna ścianka do podejścia, choć będę tam podbiegał, zbiegi, jeden z nich taki, że bez trzymanki nie podchodź. I tak trzy razy. I jeszcze więcej lasu. A jak las, to wiadomo, że „ogary poszły w las”. A nie charty. Biegniemy.

Sytuacja się normalizuje. Kategoria wiekowa gdzieś jest. Wagowa zostaje z tyłu. A ja pośrodku. Zawieszony między nimi, niepewnie, krzywo, jak ten szyld przy drodze. Drutex albo Kopex. Hurtownia. Import–Export–Kradzież–Przemyt.

Rozpisałbym się. Naprawdę. Ale nie ma o czym. Mała stabilizacja (jak wyżej). Jeszcze tylko wyprzedzam biegacza, którego siwe skronie wskazują, że to moja kategoria wiekowa, a po nim to już las i ja, samotność długodystansowca, jeśli koniecznie chcecie, żeby patetycznie było. I gdybym chciał, żeby w tym tekście było jakiekolwiek napięcie, to napisałbym, że on jeszcze się pojawi, że będzie jak ta strzelba z Czechowa, która na trzeciej pętli wypali.

A propos pętli. Mija. Ta pierwsza. Jeszcze mi się nie zaciska na szyi, nie uwiera, nie zabiera potrzebnego powietrza. A poza tym lewa, prawa, las, ścieżka, podbieg, asfalt, szuter. Zaczynam drugą. Nic się nie zmienia. Wiszę i biegnę, może już bez tego początkowego entuzjazmu, może w głowie odliczam kolejne kilometry, podbiegi, ale bez przesady, to tylko półmaraton, tu nic nie powinno się zdarzyć, trzeba tylko lewa–prawa i do przodu. Dla statystyków: pierwsza pętla w 32 minuty, a druga też, taka niespodzianka, nawet dla mnie.

Trzecia. Powietrze ze mnie ulatuje, jak z przebitej dętki. Wyprzedza mnie ten o siwych skroniach, próbuję się go trzymać, odebrać mu trochę energii, wyssać, przeszczepić w swoje zmęczone ciało, ale im bardziej próbuję, tym bardziej nie mogę. Odpuszczam, a oczyma wyobraźni widzę jak ucieka mi wysokie miejsce w OPEN i podium w kategorii wiekowej. Coraz częściej spoglądam na Garmina, dodaję, odejmuję, czekam na kolejny podbieg, wspinam się, biegnąc, choć momentami mam ochotę przejść do marszu. Siwego nie widzę nawet na horyzoncie, poszedł w las, widocznie, a właściwie to nie.

Dwa kilometry do mety. Niejako tradycyjnie: po co mi to było? (nie wiem), nienawidzę biegać (a kto lubi?), ciągnie się to jak brazylijska telenowela (tylko postaci trochę mniej, choć na starcie wyglądaliśmy jak książka telefoniczna, teraz wszyscy rozrzuceni po tym lesie jak partyzanci), daleko jeszcze? (półtora), jeszcze półtora? (już tysiąc czterysta), i tak do mety.

Za metą padam. Leżę sobie na trawie, kątem oka widzę zatroskane kobiece oblicze, która nie wie i waha się wyraźnie, czy lekarza wzywać, a może już nie warto, może lepiej poczekać aż kostucha sobie o mnie przypomni, a wtedy już tylko „Anielski orszak niech twą duszę przyjmie…”.

1:37:50, czyli trzecia pętla (ta zaciśnięta) trochę wolniej. 13 miejsce w OPEN, trzecie w kategorii. Rozczarowany brakiem pucharu (lub choćby pucharku), wypijam te dwa piwa otrzymane zamiast niego i pierwszą część sezonu uznaję za zakończoną, a i udaną.

IV. Olszak PółmaratonA tymczasem Wisła Płock poza grupą mistrzowską. A już oczami wyobraźni widziałem ją w przyszłym sezonie na Santiago Bernabeu, i ten zwycięski remis albo honorową porażkę…

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *