Z DRUGIEJ STRONY MEDALU – WOLONTARIUSZE

 

Bartosz Wesoły

Nowy cykl zaczynamy z „wysokiego C”. Choć to właśnie oni stoją na „pierwszej linii ognia”, rzadko kto zwraca na nich uwagę. No chyba, że można sobie na takiej osobie ulżyć i wyładować na niej swoją frustrację związaną z np. staniem w korku na trasie biegu. Często też to im się obrywa kiedy jakaś impreza ma niedociągnięcia lub błędy organizacyjne, a co najciekawsze w tym wszystkim to to, że te osoby nie mają z tym nic wspólnego – te osoby OBSŁUGUJĄ dane wydarzenie w zakresie powierzonym im przez organizatora na tyle, na ile organizator PRZYGOTOWAŁ możliwość wykonania zleconych zadań. Po prostu są i służą pomocą – takie jest ich jedyne zadanie w dniu biegu. Kto to taki? WOLONTARIUSZE. Zapraszamy na wywiad z Angeliką Remus, Koordynatorką Wolontariuszy w Fundacji Runport.

 

 

Czym jest wolontariat?

Według definicji wolontariat jest to nieodpłatna „usługa” na rzecz innego podmiotu (społeczeństwa), na którą decydujemy się w naszym wolnym czasie, z własnej woli i nikt nas nie może do tego przymusić – robimy coś dla kogoś, nie otrzymując praktycznie nic w zamian.

 

A jaka jest Twoja definicja?

Przede wszystkim jest to oczywiście praca, ale i… dobra zabawa, naprawdę! Poznanie ciekawych ludzi, zdobycie cennego doświadczenia, ale też oczywiście „danie siebie” – swojego serca, swojej pomocy komuś innemu, drugiej osobie.

 

Dlaczego zdecydowałaś się na wolontariat? Jak to wszystko się zaczęło?

To było bardzo dawno temu, wtedy kiedy wolontariat nie był jeszcze aż tak „popularny” jak jest teraz. W internecie natrafiłam na ogłoszenie o poszukiwaniach wolontariuszy potrzebnych podczas Mistrzostw Europy w pływaniu, pływaniu synchronicznym i w skokach do wody. Wypełniłam wniosek i wysłałam, choć przyznaje, że nawet nie liczyłam, że dostanę odpowiedź, ale jednak po 2 tygodniach moje zgłoszenie zostało przyjęte.

 

A co w takim razie trzeba zrobić, aby z szeregowego wolontariusza zostać koordynatorem?

Ja akurat „awansowałam”, jeśli można to tak nazwać, dość szybko, bo już na drugiej imprezie sportowej zostałam liderem grupy wolontariuszy. Może dlatego, że dostrzeżono, że lubię rządzić? (śmiech). I tak było przez jakiś czas, aż do momentu, kiedy musiałam zrobić przerwę ze względu na ciążę i poród. Kiedy synek tylko podrósł, znowu zaangażowałam się w wolontariat i po jakimś czasie ówczesny koorydnator fundacji, w której się udzielałam, zaprosił mnie na rozmowę, na której zaproponował mi przejęcie jego obowiązków, bowiem on akurat odchodził z tego stanowiska.

 

Czyli w wolontariacie jest jakaś hierarchia?

I tak, i nie. Zacznijmy od tego, że w wolontariacie wszyscy są równi sobie – wszyscy jesteśmy wolontariuszami. Hierarchia służy tylko i wyłącznie temu, że ktoś ma więcej obowiązków (śmiech). A tak poważnie, to ten system przydaje się przede wszystkim bezpośrednio na wydarzeniach na jakich się udzielamy – niestety nie jestem w stanie być wszędzie i wszystkiego dopilnować sama, choćbym chciała! Dlatego właśnie są wyznaczeni lidery grup, którzy niejako zastępują mnie np. na wyznaczonych dla nas stanowiskach.

 

Czym powinien cechować się dobry wolontariusz?

Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta! Przede wszystkim wolontariusz powinien chcieć, co wynika też z definicji o której już mówiłam – jeżeli ktoś ma przyjść i mówiąc kolokwialnie „ściemniać”, to szkoda i jego czasu, i naszego, bo na jego miejsce może przyjść ktoś, kto naprawdę będzie chciał coś robić. Wychodzę też z założenia, że nikogo nie można, ot tak, po prostu przekreślić – każdy z nas jest wyjątkowy, ma coś czym się wyróżnia i ma coś ciekawego do zaoferowania. Jeżeli ktoś nie radzi sobie na wyznaczonym wcześniej stanowisku i ja to widzę, to staram się mu zaproponować coś innego, co bardziej by mu odpowiadało, np. według jego predyspozycji czy to manualnych, czy fizycznych. Na tym między innymi polega moja rola jako koordynatora.

 

Czy zdarza się, że ktoś rezygnuje?

Oczywiście – są takie sytuacje i jest to wliczone w ryzyko tego typu przedsięwzięć. Są różne sytuacje losowe, czasami też po prostu codzienne obowiązki wolontariuszy nie pozwalają im udzielać się tak bardzo, jakby tego chcieli. Tak ja już mówiłam – wolontariat to chęć robienia czegoś nieodpłatnie dla innych w wolnym czasie.

 

A czy bywa tak, że ktoś np. po prostu nie przychodzi, choć obiecał?

Tak, czasami bywa i tak. Co innego jeśli taka osoba np. zadzwoni, nawet w ostatniej chwili i poinformuje, że nie może się pojawić – różne sytuacje się zdarzają i nie na wszystkie mamy wpływ. Zdecydowanie gorzej jest, jeśli ktoś się deklaruje, ale jednak nie pojawia się i nie można się z taką osobą skontaktować. Dla mnie oznacza to, że taka osoba przestaje dla mnie istnieć, mówiąc językiem sportowym: dyskwalifikuję ją. Choć… często, mimo wszystko staram się dawać „drugie szanse”.

 

A propos dyskwalifikacji – jakie zachowanie dyskwalifikuje wolontariusza, np. na trasie półmaratonu?

Walczymy z fenomenem telefonu komórkowego, czyli stoi sobie osoba i zamiast wykonywać powierzone jej obowiązki, ona „łupie” w ekran smartfona. Ja wiem, że „takie czasy”,  ale wolontariat to jednak praca, praca z własnej nieprzymuszonej woli, więc nie ma tutaj miejsca na tego typu zachowania. Oprócz tego dyskwalifikuje jako wolontariusza też stanie na wyznaczonym dla niego miejscu i nierealizowanie powierzonego mu zadania lub po prostu nie przebywanie w wyznaczonym miejscu. Jak do tej pory, odkąd jestem koordynatorem, takie coś zdarzyło mi się na szczęście tylko raz, oby pierwszy i ostatni.

 

Czy jako koordynator bierzesz czynny udział w obsłudze danej imprezy?

Oczywiście, przykład musi iść „z góry”. Nie wyobrażam sobie siedzenia np. przed komputerem, gdzieś przy stoliku lub wiszenia na telefonie. Wyjaśniam: w dniu zawodów często z niego korzystam, ale nigdy nie było dla mnie problemem, żeby na przykład pozbierać porozrzucane przez biegaczy przy trasie kubki. To jest normalna praca wolontariusza i ja to bardzo chętnie robię, a inni widząc dobry przykład, też chętniej to robią. Przykład idzie z góry, skoro  pani koordynator zbiera śmieci, no to my też, no bo jak inaczej?

 

Czy 10. PKO POZnan* Półmaraton to Twoja pierwsza tak duża impreza, którą koordynujesz od strony wolontariatu?

Nie. Mniej więcej podobne wielkością, jeśli chodzi o liczbę uczestników, były Wings for Life, czy Poznań Maraton.

 

Co należy do zadań wolontariuszy na trasie biegu?

Zadania są różne – od zabezpieczenia trasy, po pracę przy punktach odżywczych, ale też działamy jeszcze przed samym rozpoczęciem biegu, a mam tu na myśli choćby wydawanie pakietów w biurze zawodów, czy też pracę przy depozytach. Jesteśmy również służbą informacyjną dla zawodników.

 

Wolontariat, jak sama mówisz, to praca. Co w taki razie wolontariusz dostaje w zamian? Bo wiemy już, że nie dostaje pieniędzy.

Jest jakiś procent wolontariuszy, którzy przychodzą tylko i wyłącznie po to, aby być działać. I ja sama znam takich ludzi od lat, bo między wolontariuszami często zawiązują się przyjaźnie, a czasami nawet i miłości.

Z drugiej natomiast strony i nie ma co tego specjalnie ukrywać, że coraz więcej osób, patrzy na to, w jaki sposób zostanie przez organizatora doceniona za swój trud. Organizatorzy są tego jednak doskonale świadomi i wiedzą, że wolontariusz nie jest głupi i jeśli będzie miał wybierać między imprezami, gdzie miałby się udzielić, to większe prawdopodobieństwo jest, że wybierze tę, gdzie „dostanie” więcej. Dla mnie takim standardowym pakietem jest koszulka, identyfikator, certyfikat oraz zaświadczenie o ilości przepracowanych godzin. Organizator pokrywa też, w zależności od długości trwania wydarzenia, wyżywienie, a niekiedy i dojazd wolontariusza na miejsce zawodów.

 

Co jest fajnego w byciu wolontariuszem?

Dla mnie fajne jest już to, że spędzam czas z naprawdę ciekawymi ludźmi. Zdobycie doświadczenia, podszkolenie języka z obcokrajowcami, którzy też przyjeżdżają się udzielać. Wolontariat to też kontakty – sama po dziś dzień utrzymuję kontakt z grupą Szwajcarów, którzy kiedyś przyjechali do nas na imprezę, zintegrowaliśmy się i teraz, raz na jakiś czas, odwiedzamy się np. w wakacje.

 

Co jest trudnego w byciu wolontariuszem?

Na pewno to, że wolontariusz jest pierwszy „na linii frontu”. To on kontaktuje się z zawodnikami, kibicami, czy choćby z mieszkańcami miasta. To właśnie do wolontariuszy podchodzi ten przysłowiowy Pan Kowalski, który często w niewybredny sposób zwraca uwagę, że „co Wy tu robicie, połowa miasta zamknięta, do lasu biegać, bieganie jest dla koni!”. Czasami jest też tak, że nie da się za pierwszym razem idealnie dopasować danej osoby do konkretnego stanowiska.

 

Czy w takim razie warto być wolontariuszem?

Mam nadzieję, że udowodniłam, że tak! Oczywiście – ludzie są różni i wiadomo: każdy lubi co innego. Natomiast naprawdę fajnie jest pomagać i widzieć wdzięczność w oczach osób, którym pomagamy. Często zdarza się także, że np. po biegu biegacze podchodzą do nas i dziękują indywidualnie albo proszą, aby komuś z innego punktu podziękować. To jest niesamowite uczucie, które dodaje mnóstwo energii i wtedy się wie, że warto i po prostu człowiek nie może się doczekać następnej imprezy!

 

Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia na trasie w Poznaniu?

Tak jest, w tym roku będę dyżurować przy punkcie odżywczym przy rondzie Jeziorańskiego.

 

Jeszcze raz dziękuję za wywiad.

Dziękuję i życzę powodzenia wszystkim uczestnikom Poznań Półmaratonu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *